Pierwsza herbata z Sof, jeszcze przedpołudniowa. Śniadanie dobre.
Druga herbata z Jorgiem i trzecia też.
Banalnie niebanalnie, swobodnie, w wielkim swetrze i góralskich papuciach [Sof: Ewa, do you go out in them? - ha ha ha].
Herbaciane rozmowy o kawie, włoskim, filozofii, japońskich turystach, olimpiadzie tekstach B. Latour'a [sic!]
Dużo śmiechu-uśmiechu.
Lunch z Cathrine i Lidą.
Odcinek House'a.




Zwyczajnie "fajny" dzień. Potrzebowałam takiego.
To teraz romantyzm w ujęciu marksistowskim, do dzieła:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz