cant believe it.. ale to koniec semestru. poranne zegananie sophie - teraz juz pewnie jest w samolocie do meksyku, egzamin z glownego kursu - jak na moj brak przygotowania z przyczyn wyzszych niz nizsze, to naprawde jestem zadowolona, chwila przerwy i bieg w sniegu [o tym za chwile] do akademika, z nadzieja, ze w godzine zdaze nauczyc sie wloskiego. Na pol godziny przed wyjsciem spotkalam w kuchni Jorga, i te pol godziny dalo mi wiecej niz godziny samodzielnych prob rozszyfrowania italianskiego. Cos czuje, nawet calkiem niezle mi poszlo.
Teraz techniczny szlif eseju - ostatniego juz, pedem do biblioteki i jestem wolna. Tzn. moge sprzatac i pakowac. I wznosic oczy ku niebiosom z blaganiem, zeby snieg, z ktorego ciesza sie wszyscy londynczycy, przestal padac. Bo nie mam zamiaru utknac na lotnisku na 2 dni. Ewentualnie moglabym kims utknac na przystanku autobusowym-dolotniskowym z kims, kto mnie na ten przystanek odprowadza:P
Takze.. juz jutro goodby london na 3 tygodnie. I.. nie sadzilam, ze to napisze. A na pewno nie po pierwszym semestrze. Lubie Londyn. Lubie moje zycie tu. Bardzo. I troche jakby wiosna tej zimy sie do mnie wprasza. A ja jej nie wypraszam:)
Bede tesknic.
witaj w domu.
OdpowiedzUsuń