Czuję się trochę jak po maturze IB - a to było bardzo dobre uczucie:) Co prawda to nie matura, ale pierwszy egzamin na studiach (UJ to była inna bajka, tak naprawdę nawet nie podeszłam do sesji, tylko zaliczyłam kilka "kół" i wejściówek). Nie byle jakich studiach. W końcu to czwarta uczelnia na świecie, i głupio by było czegoś nie zdać. Na szczęście czuję, że będzie 'pass', nie 'fail'. Błogo. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby nie obyło się bez przygód. Po kolei:
Wychodząc z założenia, że lepiej się wyspać i w ten sposób utrwalić wiedzę, niż siedzieć do późnych godzin nocnych lub wczesnych rannych, udałam się w objęcia Morfeusza przed północą. Tym bardziej, że moja produktywność ograniczała się do prób zidentyfikowania slajdów przerywanych sprawdzaniem facebooka. Słabo. Dlatego lepiej było iść spaść. Najpierw nie mogłam zasnąć, kiedy już doszłam dlaczego - moje stopy były skostniałe z zimna, pozdrawiam moje "zdrowe" krążenie - założyłam najcieplejsze skarpety, jakie tu mam, zamknęłam lufcik-trudno, uduszę się, pomyślałam-położyłam koc na kołdrę i poklęłam trochę na niedziałający kaloryfer. Rozwiązałam dwa sudoku w telefonie i można było spać. Ale rano.. nie, nie mogę obwinić budzika. Zadzwonił o przepisowej 7.o5. Grzecznie wzięłam tabletkę i.. zamiast wstać, zachciało mi się "dośnić" sen. Efekt - otworzyłam oczy i tylko jęknęłam, gdy spojrzałam na telefon. 9.o5. Egzamin 9.3o. Nogi nawet nie zdążyły się pode mną ugiąć. Po prostu wyskoczyłam z łóżka. Ubranie, zęby, soczewki, torba. Zero makijażu [cóż za cierpienie, nie móc pomalować rzęs:P ale i tak tusz mi się skończył haha], bez kawy i śniadania [zdążyłam ugryźć snickersa]. Biegiem na uczelnię. 9.28 wpadłam do sali, prawie pełnej. Wypatrzyłam Cathrine w ostatnim rzędzie jak również wolne miejsce obok i można było odetchnąć.
Egzamin gut. Tylko wszyscy wydobyli z siebie "awwww" na widok podpisów i dat pod slajdami. Bo teoretycznie to my mieliśmy zidentyfikować te wszystkie obiekty. Dlatego kilka dni zakuwania teoretycznie poszło na marne. Praktycznie nie do końca, bo studiując historię sztuki wypada niektóre rzeczy wiedzieć. Po prostu.
A po egzaminie.. wielka, niesamowita ulga. Eggnong latte w Starbucksie z kilkoma osobami z grupy, i mnóstwo śmiechu, emocji, beztroskiego paplania ale też trochę głębi;)
Zdjęcia soon.
Potem z Cathrine i Jia wspięłyśmy się na magiczne najwyższe piętro History of Art Department i dwie godziny spędziłyśmy mieszając pigmenty z olejem czyli po prostu robiąc na szesnastowieczny sposób coś co nazywamy farbami olejnymi:) po czym nakładałyśmy ją na płótno, jako drugą warstwę. Nawdychałam się czego się tylko dało (mama mnie zabije jak to przeczyta), uwielbiam zapach terpentyny, farb...mmm...ale co za dużo to niezdrowo, w główce się trochę zakręciło. Już gut.
Kanapka z krewetkami [jakkolwiek burużujsko to brzmi, tutaj krewetki, paluszki krabowe i podobne cudactwa bardzo tanie są], bo chyba siadła kuchenka i musiałam powiedzieć bye bye mojemu obiadowi-to-be. Happens, taki life.
Jest ciemno, zimno, i nie wiem, czy nie odpuścić sobie siłowni dziś. Jeśli tak, to jutro rano bieganko, Primark [szalone zakupy-potrzebuję 2 poduszek i kilku wieszaków z okazji wizyty długo oczekiwanej:P], spotkanie z A., pranie, odkurzanie, jak dobrze pójdzie, i esej esej esej. Do upadłego. Bo o północy przyjeżdża Brat mój wraz z Małżonką:) Cuuudnie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz