Londyńskie niebo gołębioszare i zapłakane. I chyba tak zostanie jakiś czas, bo sklepienie nad głowami pozbawione choćby skrawka słońca. Wielkie nic, wielka szarość. Gołębia, jak już wspomniałam, dokładnie taka, jak moje trekkingi, z których wszyscy mieli ubaw, gdy mówiłam, jakiego są koloru. Łącznie z panem z Hi Mountain, który wspinał się na lodowce. Ale to inna historia.
Lodówka pełna. Od razu spokojniej. Nawet suszone pomidory mam. Co więcej, użyłam ich dziś.. i zjadłam:) Wariacja na temat dania bolognese jak najbardziej udana - makaron zamiast spaghetti - penne, w dodatku razowy, i niewiele - dietka:), mielone, czosnek, suszone pomidory, trochę pomidorowego-bolońskiego dolmio light i świeża bazylia. Mniam.
Pranie i odkurzanie chyba poczeka do jutra. Teraz półgodzinna drzemka regeneracyjna i esej zapewne szczęsny-nieszczęsny mnie zawezwie przed oblicze monitora.
Jest przeraźliwie zimno. Dlatego zanim zawinę się w mój pluszowy koc - gorąca herbata z cytryną.
tylko się tam nie przezięb! :*
OdpowiedzUsuńEwa pamiętaj, że w trakcie przerwy świątecznej przyjeżdżasz do mnie do Słupska i zapoznam Cię z Panią Celinką(tą od masażu stóp). To apropos diety jakoś mi się przypomniało. ...i przypomnij mi, gdybym ja zapomniała!!! :)
OdpowiedzUsuń