poniedziałek, 23 listopada 2009

Jest w fotografiach o wielokrotnej ekspozycji coś co sprawia, że mają w sobie szczególny rodzaj życia, dynamiki i siły. Zawsze gdy myślę o codziennych miejskich podróżach, mijanych ludziach, pokonywanych trasach - pojawia się w mojej głowie podwójnie naświetlona klatka, przenikanie ludzi, budynków, ulicznego pędu i unoszących się liści (tudzież śmieci, tak po prostu, bo nie oszukujmy się, rzeczywistość to walające się papierowe kubki po kawie, papierki po snickersach i mnóstwo śmieci wszelakiej maści, choć w Londynie jest zaskakująco czysto jak na metropolię - mimo że nie ma koszy na śmieci!). Ile razy w życiu mijamy tych samych obcych ludzi, nie mając o tym pojęcia? Co się dzieje z tymi, których przypadkowo utrwaliłam na zdjęciach, którzy zawieruszyli się gdzieś na brzegu fotografii, którzy weszli w kadr i uzupełnili kompozycję, zupełnie nieświadomie? Jeżeli prawdziwa jest teoria o maksymalnie sześciu osobach dzielących nas od dowolnie wybranego człowieka na świecie, to jak niesamowita jest świadomość, że ktoś kogo nie znam a może jest kimś z kim mamy spędzić życie, jest tak blisko?
Ile spojrzeń wymieniamy codzienne? Dlaczego te a nie inne zatrzymują i zawieszają czas i przestrzeń na ułamki sekund tak długie dla nas, że niemal wieczne? A po chwili znów wszystko jest "jak zawsze" choć zupełnie inaczej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz