poniedziałek, 5 października 2009
London in the rain
Nastał ten czas, czas angielskiej (choć wcale nie anielskiej) pogody, czas - jakbym sobie tego życzyła - skakania przez kałuże i nucenia "raindrops keep falling on my head", czas mglistej niepewności, dusznych i parnych omdleń, czas na to wszystko na co nie ma czasu gdy słońce - a tak - książka herbata koc i siedzenie w oknie (jakież to egzaltowane! mimo wszystko - lubię) i nawet nauka. Dziś jest nieco bardziej prozaicznie, przyziemnie, realistycznie. Bo ten deszcz (zaczęło się od niewinnej mżawki) i mgła i parność zaskoczyły, nic to, że nie mam koca, gorzej, że nie mam parasola, który ma się przysłać wraz z częścią mienia i dobytku, które byłam zmuszona zostawić w Gdańsku. A dziś dzień bardzo wyjściowy. Biblioteczny sprint zakończony sukcesem, aczkolwiek jest mi mokro. Bardzo. Za chwilę - oczywiście pieszo - do British Museum, po drodze basen (decyzja powzięta, zacisnę pasa ale wydam te 26funtów miesięcznie i będzie basenos codziennie z rana!), ta cała masa spraw, które sobie zapisałam.. nic tylko wznieść oczy ku Górze i może właśnie na ładne oczy uprosić, żebym nie była jutro chora. Bo głos już trochę straciłam.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz