Smutcholijności się we mnie dziś odezwały. Co więcej, również poskutkowały - ponadgodzinnym przemykaniem-przenikaniem po mieście moim, przez miasto moje, w miasto moje.. Gdańsk pusty, opuszczony, Gdańsk porzucony, bo jak inaczej napisać, skoro zadzierając głowę co chwilę widzę "na sprzedać" płachty łopoczące? I zimno było, przenikliwie i dotkliwie, moje wieczne niedokrwienie w połączeniu z oszalenie niską temperaturą mam nadzieję - nie zaowocuje przeziębieniem. Ławka także była lodowata.. ale ile można smęcić? Mobilizacja to piękna sprawa, dlatego też w żaden sposób nie żałuję zmiany kierunku z pozamotławskiego na dośrodkowostarówkowy czego konsekwencją było krótkie acz miłe i ciepłe spotkanie. Ciąg dalszy na szczęście nastąpi. Na nieszczęście będzie to zarazem pożegnanie, ale primo taki life, secundo jet w pożegnaniach coś pięknego też. Inaczej sensu by nie było. A że sens jest, to wątpliwości nie mam.
Masa, cała masa spraw. Ogrom inaczej mówiąc. Albo przeogrom. Momentami nie wiem za co się brać. A jednocześnie tak bardzo mi się nie chce chwilami. A trzeba. I to kłujące poczucie, że nie zdążę wszystkim poświęcić tyle czasu, ile by tego oczekiwali i ile ja sama bym chciała dać i być i wziąć, że nie dopnę wszystkiego idealnie, że zapomnę, przegapię..
Dobrze, że nadziei jest więcej. I uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz