- Bruksela była wspaniała, family time, nowi ludzie poznani, kilometry przemierzone pieszo, estetyczne zachwyty, cudowne chwile na ławkach z twarzą wystawioną do słońca, nocne maratony Carcassonne, poranne kawy na tarasie i w absolutnym spokoju.. wiosna i wysypianie się.
Cztery dni absolutnego chilloutu po wariackim miesięcu i braku snu.
Teraz.. znów zapełniają się kartki i karteluszki z listami "do zrobienia", i to wszystko takie konieczne, potrzebne, już, teraz.. dlatego siedzę i "robię". Kolejne zakładki zamykam, znów piszę podania. Bo wczoraj zabolało.. zabolało bardzo, gdy dostałam rejection wymarzonych praktyk w Italii. Szczególnie, że byłam bardzo pewna siebie.. a przed chwilą dostałam odpowiedź wyjaśniającą, o którą poprosiłam, dlaczego taka a nie inna decyzja - i zaśmiałam się gorzko. Bo mam wrażenie, że dokładnie takie moje podanie było. Cóż, może nie jest mi pisane pracowanie z katolickimi fanatykami. I może ma to sens. Bo ostatnio coraz bardziej wierzę, że faktycznie te wszystkie "porażki", trudności codziennie i odświętne, momenty, gdy "ręce opadają", mają sens. I prędzej czy później prowadzą do dobrego... o ile się weźmie sprawy w swoje ręce. Dlatego biorę. Intensywnie. Intensywnie bo czas nagli, wakacje coraz bliżej. A także - trzeba usiąść do nauki do egzaminów..
Tyle update'u. Mam duże zaufanie do siebie i jakkolwiek okrutnie zabolało wczoraj, to działam. Nie ma co siedzieć i się załamywać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz