środa, 1 grudnia 2010

nie ma to jak mail z allegro o poranku. rozbawił mnie, prawie do łez. a konkretnie tytuł maila. "wyśpij się"

o ironio..

to teraz ja zrobię coś 'szalonego' (moja Mama jak to przeczyta, telepatycznie przykuje mnie kajdankami do biurka, jesli zdaje sobie sprawę z temperatury i śniegu za oknem). idę biegać.

oraz: angielskie maseczki do twarzy są dziwne. jak można pisać, że 'suitable for vegetarians' a dwa zdania później, że 'not for cosumption'. co za kraj.

kolejne oraz: nie uprzedzać się do ludzi. chłopcy w bibliotece, którzy wydają się być nadętymi bufonami, okazują się przesympatyczni i pomocni i mają czarujący uśmiech.

jakże mogłabym nie wspomnieć o wczorajszej antropologii architektury z Najlepszym Najbardziej Inteligentnym Najseksowniejszym Naj(tu wstawić cokolwiek) Wykładowcą na (napisałabym Świecie, ale poprzestanę na UCL-u, choć swoje wiem). Szczegóły mojej prezentacji i powodów, dla których czułam, jak robię się coraz bardziej czerwona, chociaż klimatyzacja działała na całego, może nie podam, ale aby zgrabnie zakończy, to tylko wspomnę, jak idealnie zostało wymówione moje imię po raz pierwszy od kiedy jestem w Anglii, przez osobę, dla której polski nie jest językiem ojczystym (podejrzewam, że w połowie jest nim rosyjski, co wiele tłumaczy, ale, ale, nieważne). What a charming man. Hah.

no, to bieganie. i sad, library times.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz