wtorek, 2 listopada 2010

Will you let me romanticise the beauty in the London skies
you know the sunlight always shines beind the clouds of London skies

Tak mi się nuciło w drodze powrotnej z pracy. Wdrapałam się na górę double deckera, siadłam na 'swoim' miejscu, oparłam głowę o szybę.. i oniemiałam. Pierwszy przystanek, autobus i tak się na szczęście toczy jak ślimak (ale za nic nie będę wracać z muzeum metrem, o nie nie nie, ta autobusowa podróż to mój czwartkowy rytuał), i przy oratotium św. Filipa widok niesamowity.. musiało bardzo mocno wiać, bo nagle milion liści z chodnika zawirował, zatańczył, wzniósł się hen wysoko.. bardzo wysoko, bo ponad kościół, i te piękne jesienne liście na tle idealnie niebieskiego nieba i marmuru kościoła. Coś niesamowitego. Popołudniu zaś zaatakowały mnie w ten sposób liście przed wejściem do naszego mieszkania. Moc liści. Mini trąba powietrzna. Filmowo :)

A tak to.. musical Val fantastyczny. I występ jej. I dumna jestem, że z nią mieszkam :)

W Starbucksie świąteczne, zimowe kawy znów. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy, jak to się dzieje, że.. że nie ma przypadków? Że kotylion Starbucksów w Londynie, ja w ostatniej chwili wysyłam smsa, żebyśmy się spotkali w jednym konkretnym, zamiast w innym planowanym miejscu, i w tym jednym konkretnym Starbucksie dochodzi do spotkania, na które niekoniecznie miałam ochotę, a które wytrąciło mnie z równowagi na ponad chwilę. Nie wiem, czy świat jest mały, ale wiem, że tego typu sytuacje bardzo mnie lubią. Ja je mniej. Ale tak już jest i co począć.

Halloween było. I na szczęście już po. Bo jak zmywałam naczynia i mi nagle w okno zaczęły stukać czarownice wampiry i kto wie co jeszcze, to miałam ochotę wyjść z patelnią.
A jeszcze trochę w temacie, to znów śniła mi się moja śmierć, którą sobie przeczuła, przepowiedziałam, wybrałam trumnę, położyłam się, zasnęłam.. spokój. Innowacja tym razem polegała na tym, że się we śnie obudziłam ze śmierci własnej. W sensie śniło mi się, że jednak nie tak do końca umarłam. Błąd w systemie. Pomyłka. żyjemy dalej. Jak już się faktycznie rano obudziłam, to tak jakby konsternacja. Troszeczeczkę. Hmm.
Poprzedniego wieczoru zupełnie spontanicznie otworzyłam brewiarz. I tylko wykrztusić zdołałam z siebie i do siebie "oh my..". Trafiło, że hej. Wątek do pociągnięcia, nie wiem kiedy, ale. Wow. Ktokolwiek za to odpowiedzialny, to to było nie z tego świata. A może bardzo z tego. Nie wiem. W każdym razie. Ojacie.

Prawie 3 rano.
Dobo wydłuż się.
Za kilka godzin pobudka. Pakowanie. Zajęcia. Szybki powrót. Bambetle i w drogę. Brussels, Brussels! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz