środa, 10 listopada 2010

Śniło mi się, że występuję w sztuce, gdzie moja część jest całkowitą improwizacją.. nie byłam na żadnej próbie, a uświadamiam sobie to pod koniec przedstawienia. Skąd wiedziałam co mówić? Gdzie iść? Jak reagować? Co robić, po prostu? W tym momencie wraz z pozostałymi aktorami "wychodzimy" z przedstawienia, schodzimy jakby ze sceny.. choć wcale nie jestem pewna, czy to nie jest ciąg dalszy sztuki. Idziemy polną drogą, ktoś mówi, że musimy poznać ludzi, na których historii oparta jest cała historia, żeby lepiej zagrać następnego dnia. Idziemy.. dochodzimy do dużej przyczepy, w której jak się okazuje, mieszkają oryginalni bohaterowie. A tam.. kilkanaście osób na kilku metrach kwadratowych, alkohol, brud, w ogóle nie wiedzą, czego od nich chcemy.. W międzyczasie w narrację snu wciśnięty zostaje motyw, gdzie stoję w kolejce w supermarkecie, w momencie, kiedy wykładam zakupy na taśmę, kasjerka wstaje i wychodzi, zostawiając pustą kasę. Siadam więc ja za kasą i jednocześnie kupuję i sprzedaję. Chcę odejść.. a okazuje się, że następna osoba w kolejce wykłada swoje towary. Psuję kasę. ... Powrót do przyczepy, zmienia się ona w jakiś dziwny budynek, ciasny korytarz.. a tam krakowscy ludzie. I dużo aparatów wokół.

***

Bruksela była cudowna. Bruksela, Brugia, i ocean. Zdjęcia stopniowo.. bo dużo ich.
Dobrze się tam czułam. Mogłabym pomieszkać chyba. W moich oczach, mimo natłoku sklepów z czekoladą, piwiarni, punktów z goframi, koronkarskich sklepów i jeszcze kilku charakterystycznych, Bruksela broni się przed zupełnym uturystycznieniem. I zaskakuje każdą uliczką, każdym maleńkim detalem, niepowtarzalną architekturą i placami wyrastającymi na zbiegu ulic, jakby miasto rozumiało i czuło, że co jakiś czas trzeba usiąść, popatrzeć, odpocząć.. zachwycić się.
Brugia.. domki dla lalek od średniowiecza stojące. Poezja.
Ocean. Poczułam się jak w Gdańsku przed sztormem :)

A w Eurostarze widziałam TEGO PANA, ha. Natomiast powrotny pociąg.. spóźnił się. Półtoragodzinne opóźnienie w Eurostarze - to się nie zdarza. Cóż, muszę to jeszcze ogarnąć, ale podobno przysługuje mi jakiś compensation. Tyle dobrego.

***

Royal Academy of Arts wczoraj z J. i U. i TA WYSTAWA. I zaniemówienie. I słów brak. Bo niesamowita jest. Kto może, niech koniecznie idzie, jeszcze miesiąc. Nie jest ciekawa z metodologicznego punktu widzenia, czy jakkolwiek to nazwać. Porządek chronologiczny, nie podnosi żadnych jawnie kontrowersyjnych kwestii, sposób ekspozycji nie jest innowacyjny czy szokujący.. nie w tym rzecz. Zawartość. Ta wystawa powala zawartością. Jest bardzo duża, ale.. nie przytłacza to i nie nudzi jak np. w przypadku zeszłorocznego Turnera w Tate Britain. Wcale. Z każdą salą oczy robią się coraz większe. Dwa ostatnie roomy biją na głowę wszystko, węgierskie zbiory dwudziestowieczne wgniotły mnie w podłogę. A 'Vernica's Veil' Kokoschki na końcu zmiótł mnie pod dywan, którego nie było. (od razu mówię, że w google images jest obrzydliwe zdjęcie z fleszem, które NIC nie oddaje z wrażenia na żywo).

***

Sprzątanie, bieganie, biblioteka. Południe już prawie. Kawa.

4 komentarze:

  1. jeśli mówisz o tej wystawie Turnera, na której byłyśmy razem to ona wcale nie była nudna! mnie się podobało. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. i widziałaś Billa?! woooow, super! a śpiewał "Christmas is all around"? :D

    OdpowiedzUsuń
  3. nieeee, nie tej, zeszłorocznej - jesiennej, "Turner and the Masters", okropna.
    na jakiej my byłyśmy wystawie Turnera? o_O kurczę skleroza.. ja pamiętam, że w National Gallery owszem go oglądałyśmy.. o tym mówisz? :)
    no. nie śpiewał. ale i tak fajnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. nie, nie, nie w National! w Tate Britain. :) tam gdzie była horda dzieci, co "kopiowała mistrza", zajmując wszelkie skrawki podłogi (szczególnie w sali z akwarelami). :P tyle, że to chyba standardowa ekspozycja Turnera po prostu była, a nie specjalna wystawa.

    OdpowiedzUsuń