piątek, 22 października 2010

5 minut dla blogaska.. to po kolei:

Poniedziałkowy wieczór. Włoski. Kameralnie, miło, ja nieco nieprzytomna, ale po 15 minut jakoś wpadam we włoski klimat i wydaje mi się, że wszystko jest w porządku. Grupa nasza mała, 5-osobowa (ja, Kolumbijczyk, Rosjanin, Angielko-Francuzka, Anglik).. no właśnie, Rosjanin. Konwersujemy w parach, opowiadamy sobie o ostatnim weekendzie, po kilku minutach lektorka prosi, żebyśmy nawzajem o sobie opowiedzieli. No to opowiadamy. W pewnym momencie Rosjanin komuś przerywa (sic!) i mówi (cytuję dokładnie): "oh no, please, this is so boring, has any of you done anything really interesting last weekend? (chwila ciszy) Next time I'm bringing a bottle of vodka and we will discuss it, things will be more interesting" (pełna powaga), lektorka: "erm.. what do you mean?", Rosjanin: "I mean what I just said. I'm bringing vodka next week". Ehm. Skądś się te stereotypy biorą.

Wtorek. Zasadnicze padalnictwo stosowane po romantycznej nocy z antropologią architektury (co za nowość, wiem. ten przedmiot dosłownie spędza mi sen z powiek). Na porannym wykładzie jednakowoż trzymałam się nieźle (choć tak naprawdę na dźwięk budzika miałam ochotę wyrzucić telefon przez okno i jedynym powodem ruszenia się z łóżka - notabene właśnie sobie uświadomiłam, że codziennie wstaję lewą nogą! chociaż w sumie nie, bo tak jak kot na cztery łapy, to ja zawsze na dwie stopy;) - był fakt, że wykład dotyczyć miał social(ist) art history, na który to temat ubzdurałam sobie pisać esej zaliczeniowy z przedmiotu); po wykładzie wariacki bieg do jednej i drugiej biblioteki, by napisać/wydrukować AQCI, w sumie to kończyłam pisać przy puszce czegoś kofeinopodobnego dwoma panami zajadającymi się wielkim lunchem, podczas gdy ja nawet nie zdążyłam zjeść śniadania, napisałam, wydrukowałam, poleciałam na basen, powiedzmy, że jednocześnie padłam i ożyłam, dotarłam na zajęcia z tego zabójczego przedmiotu, i nie wiem jak, ale zmusiłam się do myślenia przez 2 godziny szaleńczego wykładu najinteligentniejszego wykładowcy, jakiego w życiu spotkałam. Drzemka, Polish Society na Soho, powrót późny z Martami, tona śmiechu.

Środa. Gorączkowe przypominanie sobie, jak to było rok temu, kiedy pisałam pierwszy esej, w pośpiechu notatki, i zajęcia z moimi pierwszaczkami. Chwila na ogarnięcie chaosu, jaki zapanował w mym pokoju. I najwspanialszy event tygodnia, wyprawa łódkowa, od początku do końca totalne zakręcenie, fun i przygoda. Bardzo zimno, bardzo słonecznie, bardzo niebo niebieskie i kolory kolorowe. Metro próbowało pochłonąć nam czekoladę, telefon oraz rękawiczki, ale nie z nami te numery, wysiedliśmy na Warwick Avenue i.. zaniemówiłam. Dosłownie, wyjście z metra i zachwyt przemożny. Miejsce jest przepiękne. Cisza, spokój. I rzędy jaguarów, ale to inna sprawa :) Na kanale z kolei rzędy łódek. Długich, kolorowych. Znaleźliśmy naszą, chcemy tylko kupić bilety, ale nie, nie może być zbyt łatwo, scenka z panią sprzedającą bilety:
Pani: Where are you from?
My: (cisza) (ja patrzę się na nią jak na zjawę, ale o ssssso chodzi..)
Pani: Where are you from?
Ja: Eee...
(cisza) (po co jej ta informacja)
Pani: Do you speak English?
My: ???????????????
T: We are not tourists!! We live here!!
Pani: Oh.. but where are you from?
Ja: (myśląc 'no nie odczepi się jak nie powiemy, trudno') I'm from Poland.
Pani: Ah, I see, Holland!
Ja: (myśląc 'geeeez toż to standardowa konwersacja jak w tych żenujących dowcipach) noooo POLAND not Holland!!
Pani: Oh! Poland! Good! (ale że co?)
(Pani patrzy wyczekująco na T.)
T: (jeśli już jakiejkolwiek odpowiedzi się spodziewałam, to zupełnie innej) I'm Lebanese!
(w tym momencie zarówno ja - spojrzenie OH REALLY HAHA OMG, pani - lebanese?!!!!)
Nie ma co, pięknie się zaczęła wycieczka.
W każdym razie było bardzo miło, uroczo i co nie tylko, mistrzem był chłopiec, który siedział koło nas i ani razu nie rozejrzał się, tylko cały czas rozwiązywał sudoku. Miszczunio.
Z Camden już pieszo, uwielbiam spacery taką jesienią, mroźną, wyrazistą, w wielkim swetrze i rękawiczkach już. I w towarzystwie najlepszym.
Wieczór = nauka, ale co tu się rozpisywać ;)

Czwartek. Praca. Muzeum. Surabhi odwiedziła mnie. Miło. Próby ogarnięcia researchu esejowego. Trudna sprawa.

Jest tak nieprzyzwoicie późno, że naprawdę idę spać. Prawie 3 w nocy/rano. Nie lubię tak. 23.oo to optymalna pora. A piątek szalony będzie.

To na koniec tylko jeszcze tyle, że bardzo miłego maila od Taty mego dostałam i to było przeurocze i absolutnie kochane. Ot co. Aha, oraz załatwiając coś w Union.. potknęłam się o kogoś. Konkretnie o modlącego się muzułmanina. No ale kto by się spodziewał - środek dnia, instytucja uczelniana, a tu proszę! Trochę sobie potem pomyślałam o różnych ważnych sprawach życiowych, ale to innym razem.

Snu.

1 komentarz: