sobota leniwa. choć w sumie.. nie tak bardzo. trochę wszystkiego, taki misz-masz w ciągu dnia. między innymi szorowanie akcesoriów łazienkowych i tym podobnych z przygodami, bo tak to jest, gdy ma się alergię na większość dostępnych na rynku detergentów. no nie powiem, wesoło było, pokichałam sobie przez godzinę do lustra, na kota, w poduszkę i przez okno. a tam jeszcze trawy koszenie, za oknem. poszaleństwo.
popołudnie zaś należyte - przybyła Mon i zrealizowałyśmy sesję. foto, rzecz jasnaż. i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tym razem a) na zdjęciach jesteśmy my, i to jednocześnie, czyli tak właśnie a nie inaczej - samowyzwalacz poszedł w ruch, co więcej, w ruch a raczej w bezruch poszedł (nie poszedł..) statyw, który to otrzymał 'pod choinkę' '09, i do tej pory nie miał okazji ujrzeć świata. a szkoda, bo cudowny jest. ponadto część adwenczer miała miejsce, a jakże, tak w wielkim skrócie: ruszyłyśmy na przedblokowe podwórko w żółtych rajstopach, kaszubskiej kamizelce, z wielką żółta kokardą zawiązaną wokół szyi, i.. z maskami na twarzach. maski pandy. sąsiedzi na balkonach, pyskate i bezczelne ale i jakże głupie dzieci (przepraszam, nie dzieci, dziewczyny, bo przecież ośmioletnie (?) smarkule używające wyrazów "pieprzone" oraz komentujące z odległości pół metra to już poważne osobistości), i my na placu zabaw. hihi.
a na wieczór gorąca czekolada pistacjowo-marcepanowa z konkretnym rumu chluśnięciem i 'everything is illuminated'. przepiękny film. polecam bardzo i cieszę się, że na dysku mym się znalazł. i dość losowo wybranym został. wspaniały.
rumu chluśnięciem, powiadasz...? mniam... ;)
OdpowiedzUsuń