poniedziałek, 26 lipca 2010

nic pewnego.

zdrowotne zawirowania, zdjęć nagromadzenie, biorę się za jakieś tłumaczenia chyba, jak się uda, to i utonięcie w borówce na dni kilka będzie, i chyba jarmarkowe oprowadzenie in inglisz. pewnym punktem jest pielgrzymka ale i to nie do końca, bo co na niej, to 'wielkie nie wiem', a i biletów na pociągi nie mam, bo to wszystko takie chybotliwe.

maili ogarnianie (cztery dni poza cywilizacją i ledwo się w tym odnajduję), doprowadzanie się do stanu prezencji publicznej (choć wczoraj wieczorem machnęłam na wszystko ręką, i last minute pobiegłam na mszę ostatniej szansy; warto było, chyba zawsze jest), zaraz dokumentacyjna wyprawa do urzędu - oby raz ostatni i finalny, oraz lekarz, bo kaszlę jak gruźlik co dobrze nie wróży. tfu tfu.

snów znów etap proroczy, czyli od jakiegoś czasu śni mi się co się stać ma dopiero. przyjmijmy, że jest to dość zabawne. staram się tak to traktować, bo inaczej można by oszaleć. chyba.

muzycznie kilka utworów ciągle-le-le. ładne są, to i dobrze.

'away we go' obejrzane. pierwszy film od dawien dawna. w dodatku bardzo dobry film, więc już w ogóle. cud miód i orzeszki (albo maliny).

1 komentarz:

  1. no i co? mówiłem, że away we go fajnym filmem!
    ciekawe co sie śni takeigo proroczego. miejmy nadzieje, że nic o gubieniu się.
    pzodrawiam.

    OdpowiedzUsuń