środa, 2 czerwca 2010

Moi ulubieńcy odwiedzili mnie w Londynie w najlepszym ku temu momencie; takiej dawki pozytywności potrzebowałam i mogłabym jeszcze jeszcze jeszcze.. dobre kilka dni. Fantastyczne dni kilka. Zdjęcia na picasie, nie wszystkie jeszcze, ale cierpliwości. A to absolutnie wygrywa w kwestii przekazu.. :)



Tu natomiast jedno z kilkudziesięciu podczas nocnych wygłupów, oglądania 'Familiady' i słuchania żartów Karola (lowe lowe, Karol rządzi) i absolutnego duszenia się ze śmiechu przy "Modzie na Suknie" - moje gardło i przepona miały rano dnia następnego problem z dojściem do siebie :)



Było cudownie, z A. i M. nie ma opcji 'nuda', było łażenie do stóp odpadających, było zakupowo, smacznie, pięknie, zwiedzaniowo.. Londyn trochę próbował kaprysić pogodą, ale słońce jednak było. Sunshine sunshine! Z hot newsów, był i musical, 'Dirty Dancing', i od tego momentu wieczór był dosłownie szałowy, z nocnym Covent Garden i panem grającym na gitarze i śpiewającym U2 i Beatlesów, i była jedna niefajna sytuacja osobista, w której dzięki Bogu nie byłam sama tylko właśnie z A. i M. Jak to wszystko potrafi się w ciągu kilku sekund zmienić. Zmieniło się i jest mi dobrze i swobodnie teraz. Tak.. wolno.ściowo. Gut.

Scenka w Boots (taki tutejszy odpowiednik Rossmanna). Pada deszcz, biegnę z masą tobołków (typu torba, siatki z zakupami, teczka, kilka książek pod pachą, parasol), wpadam do Bootsa, nic nie kupuję, chce wychodzić, zatrzymuje mnie wielki czarnoskóry ochroniarz. Myślę 'cholera (wiem nieładnie), jeszcze tego brakowało, zaraz mi ręce odpadną, a on myśli, że coś ukradłam', kiwam głową, że nie, nic nie mam, chcę wychodzić, on że 'please, wait', prowadzi mnie do kasy, ja już widzę jak mnie zakuwa w jakieś kajdanki, a on.. wyciąga zza kasy kilka siatek, odbiera mi, totalnie oniemiałej, książki i papierzyska uczelniane, i zaczyna starannie pakować w siatki, 'so that you can carry them home safely'.. czasami uwielbiam ten kraj.

Znowu odsyłam na picasę. Zdjęcia z przedwczorajszej wizyty Komorowskiego na LSE. Cóż, do tego typu fotografii to ja się nie nadaję, nie umiem, po prostu. Albo raczej nie umiem z lampą. Dlatego trzeba kupić zewnętrzną. Uhm. No, to trzeba popracować, bo ok. 1500 zł piechotą nie chodzi.

[co do pracy na razie cii, bo póki co to dalej dorywczo, a po weekendzie jadę bajerować managera w mojej ukochanej kawiarni na Notting Hill, gdzie już dokonałam zwiadów:D]

Aha! Ponadto jestem mistrzem logicznych zadanek (ok, teraz trochę przesadzam, ale tak się poczułam, choć wcale tak nie było, ale trzeba sobie czasem self esteem poprawić:P), w każdym razie, wygrałam w eksperymencie na uczelni 21 funtów, co zajęło mi 15 minut - czemu ja nie chodziłam na te eksperymenty wcześniej? Coś wspaniałego, bo spodziewałam się tylko gwarantowanych 5 funtów. Jest ryzyko, jest zabawa, kiedy kolejny eksperyment? :)
[szczerze mówiąc przez kilka miesięcy bałam się, że te eksperymenty polegają na wszczepianiu do mózgu elektrod czy innego paskudztwa..)

1 komentarz:

  1. panu z tego sklepu powinnaś czekoladę przynieść. :) :*

    OdpowiedzUsuń