Niedziela.. jest po to, żeby była niedzielą. Dlatego nie wiem, co się ze mną działo, o czym śniłam i co robiłam o 7.3o, gdy teoretycznie dzwonił alarm, ale na pewno nie wstawałam w tym momencie z łóżka. Oczy otworzyłam jakoś w czasoprzestrzeni między 9.oo a 10.oo.. dobre śniadanie z Kat i Omarem (yum yum sałatka z grejpfruta, jabłka i suszonego agrestu z otrębami), dobry początek dnia. Potem.. miałam iść do biblioteki. Ale. Pada deszcz. Od wczoraj od 15.oo bezustannie. Mam do zrobienia pranie (ok, i tak go nie zrobię, bo nie mam dwóch jednofuntowych monet, ale to nieważne). Mam się spotkać z Kasią. Nie ma sensu iść do biblioteki na chwilę. Kościół. Sofia dziś wraca, dobrze by było ja przywitać. Niedziela jest..
.. cóż jednak, ledwo zdążyłam wyciągnąć past papers i notatki na biurko, ktoś zapukał do drzwi. Ktoś.. zaczęło się od śpiewania 'Everlasting Love' (Jamie Cullum!), potem mnóstwo Chopina (!), duszenia się ze śmiechu (ale naprawdę, nie mogę napisać dlaczego), i rozmów z serii 'sens życia i jeszcze bardziej sens życia', sprawdzania wagi (już teraz rozumiem, dlaczego spodnie mi spadają a waga stoi - w ciągu dosłownie 5 minut Jorg wszedł na wagę sześć razy i za każdym razem pokazywała 2kg mniej, a wreszcie 4kg więcej - wariactwo).. po dwóch godzinach stwierdziliśmy, że trzeba się pouczyć.. więc poszliśmy do kuchni na kawę/herbatę/śniadanie..
stoimy przy oknie, ja wychylam głowę w deszcz:
J: oooh i think i'm going to take a walk in the rain later..
E: yeah would be cool
J: i just love how it looks now..
E: mhm..
J: and look at the tree.. amazing
E: mhm..
J: and i love the fresh air..
E&J (idealnie w tym samym momencie): and the smell..
[właśnie wszedł i zapytał, czy jestem w stanie pracować, czy może przejdziemy się w deszczu - tele tele tele patia]
no to idę. w deszcz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz