sobota, 13 marca 2010

Zdjęcia na picasie, albumy dwa, będą jeszcze dwa lub trzy z innymi stylizacjami, ale absolutnie już nie mogę sobie na to pozwolić teraz, bo te zdjęcia mi zjadły prawie cały dzień. Dlatego odsyłam na picasę moją, oraz do bloga Cathrine, która pisze tak, że śmiechogłupawki dostaję. Może dlatego, że dużo o mnie:D W razie każdym, http://www.cathrinealice.wordpress.com polecam, w dodatku bardzo dobrym angielskim pisane.

Moje uczucia do aparatu mego są aktualnie na absolutnych wyżynach. Zupełnie serio myślę o fotografii jako dużej części planu na życie. Nie jedynej, ale dużej.

Research do kolejnego eseju robię w mych wicked okularach, bo oczy już odrzucają soczewki. Siedzę więc w turkusowej bluzie, otoczona wściekle różowymi segregatorami i karteczkami, z najszaleńszymi oprawkami na nosie. Tyle radości..

A, i z czystym sumieniem mogę polecić genialną knajpkę indiańską. Odkryta dziś, po pół roku mieszkania w Londynie, dosłownie trzy minuty od mojego akademika, na tej samej ulicy. Świeże, kolorowe, pyszne jedzenie. Zdrowe. Niedrogie. Samo dobro :)

Kończąc napiszę o poranku. Słów kilka tylko.. poranek mnie zdezorientował i zaskoczył, pozytywnie raczej, ale przede wszystkim wytrącił z równowagi, a już myślałam, że dystans, że już doskonale wiem, jak które relacje wyglądają, że tu już żadnych zaskoczeń nie będzie. Cóż, never say never, oklepane, ale się sprawdza jednak. [wiem, bardzo zrozumiale piszę]. Ale żeby nie być w stanie wykrztusić słowa w odpowiedzi na "how are you?". Brawo Ewa. Na szczęście śmiechem można wiele rozładować, jak nie wszystko, i skończyło się na śmiechu wspólnym i świetlanych planach na ten tydzień :P

Niniejszym, dobranocka Państwu, ja wracam do Vietnam War, Past Paperu z italiańskiego, i konkluzji eseju nr1.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz