piątek, 5 marca 2010

Słońce. Dziś wiosna w pełni.

Impreza wczorajsza - udana po stokroć procent, i mogłabym tańczyć do rana, gdyby nie a) wykład na 9 dziś, b) powrót z Tarkiem, który wstaje do pracy o 5.30. Cudowne miejsce, fantastyczna muzyka, i świetni ludzie. Czego chcieć więcej..
A i tak miałam poranny koszmarek, w końcowej fazie snu przyśniło mi się, że obudziłam się o 9.15, w tym momencie otworzyłam oczy, i uff, była 8.oo. Zdążyłam.
Między 11-14 mam okienko, więc pobiegłam z Cathrine dać się sfotografować z moimi zdjęciami, bo kto wie, czy nie przyda się do stypendium na przyszły rok. Poza tym, to świetna dokumentacja.
Ha, i mój pierwszy raz w BArtlett Library, czyli architektonicznej i inżynieryjnej. Mają tam TAKI bałagan. Ja myślałam, że u ścisłowców porządek tip top będzie, tymczasem moja biblioteka to wzór takowego porządku.. ale książki podstawowe mam, czyli lektura na jutrzejszy lot zapewniona.
Gdy już dotarłam do akademika, miałam naprawdę nadzieję przeczytać teksty na wykład na 14.oo.. skończyło się tak, że spotkałam Jorga nigdzie indziej jak w łazience [jakkolwiek dziwnie to brzmi], i najpierw pobiadoliliśmy, że nie mogę z nim jechać na Southbank pospacerować nad Tamizą, bo wykład, po czym pięć razy odwiedziliśmy się w pokojach leżąc i wstając ze śmiechu na przemian, i koniec końców usłyszłam "Eeewa so at least join me just sitting in the sun in the Main Quad". Co począć, zgodziłam się.. po drodze drogą kupna nabyliśmy sushi [ja] tudzież dziwne chińskie jedzenie [J.] i rozłożyliśmy się na schodach neoklasycystycznego portyku UCL.. bajka. Po prostu bajka. Grzejące słońce, lunch, bańki mydlane, dobra rozmowa. Piękny czas. [aha, jeśli ktoś jeszcze pamięta, że miałam czytać tekst na zajęcia, to tak, racja, nie udało się. bywa.] Nie było łatwo się ruszyć.. ale czasem trzeba. Dlatego po drodz wystawa foto z moimi zdjęciami, i finalnie wylądowałam na wykładzie..

Po powrocie, gdy już się względnie ogarnęłam, podrukowałam bilety i zrobiłam check -in na samolot, doszłam do ładu sama z sobą.. nastąpił ciąg nieprzewidzianych wydarzeń. W tym popisy gimnastyczne, moje skręty i mostki, Jorga chodzenie na rękach po korytarzu i moim pokoju, Omara śpiewy i wołania z zaświatów ['Eeeewa and Joooorg do u want to join us for drinks... Eeeewa please, Polish drinking style...'], disco disco partizani, i co było robić. Na szczęście udało mi się wyprawić wesołą gromadkę na koncert, sama dochodzę do siebie i biorę się do pracy. I pakowania także.

Come back w środę. Do przeczytania.






1 komentarz:

  1. jesteś uzależniona od baniek, moja droga! ;) miłego wyjazdu. :* :)

    OdpowiedzUsuń