sobota, 6 lutego 2010

klasycznie. angielsko.

Czyli szaro, deszczowo, choć z tendencją do pieknego rozbłysku słońca w środku dnia. Ostatnie dni były tak intnsywne pod każdym względem, że dziś robię sobie dzień odludka. Me, myself and I. Wreszcie wyspana, mogę spokojnie wziąć się do pracy. Przyjemnej na szczęście w większości. O, to nawet się jeszcze pochwalę, zanim zacznę coś robić. Zaprezentowałam się z mojej ścisłej, a nie ściśniętej-humanistycznej, strony, i na wczorajszym Science for Art historians okazałam się geniuszem chemicznym. Coś w tym jednak jest, "chemia we krwi". Choćbym nie wiem jak się broniła i utrzymywała, że chemii nie znoszę [trauma IB], to.. teraz, kiedy nie ma ciśnienia maturalnego [ok, przypomnę to sobie w trakcie majowych egzaminów..], mogę się wymądrzać na zajęciach. Lubię tak :D Niestety trochę gorzej było z moją percepcją na wykładzie z Core Course [moje gałki oczne tańczyły w fazie REM, czułam to!], ale nadrobiłam na tutorialu. Choć ciągle czuję się niepewnie używając przeyntelektualyzowanych pojęć i mądrych nazwisk. Przyjdzie z czasem, zapewne.
Poniżej Londyn spacerowy czwartkowy. A jak dobrze pójdzie i pogoda dopisze, to niedługo wybieram się na zdjęcia Tarkiem i jego kolegą. Nikon team będzie. Black&white. I w ogóle. Dobrze znaleźć kogoś, kto myśli fotograficznie podobnie. I przegadać pół imprezy tak. Tak tak tak.










[ostatnie zdjęcie - to nawet tutaj się często nie zdarza, żeby tyle czerwonych autobusów mijało się jednocześnie..;)]

1 komentarz: