czwartek, 4 lutego 2010

Jednak coś napiszę.. wypadło mi sporo wydarzenie planowane, więc jest chwila, jest moment. Co prawda szczerze chciałam się pochwalić dzisiejszym wyjściem.. ale wyjście nie wyszło, tylko zostało w pokoju. Szkoda, bo miał być koncert, New York Philharmonic Orchestra, przedstawiać chyba nie trzeba, tak grają, że pełne zaniemówienie i bezdech. Nie trzeba być koneserem, żeby to poczuć.

Tak się zaczytałam w tekstach na dzisiejszy seminar, że zorientowałam się o [tu napisałam o której godzinie, ale nie będę straszyć Mamy, bo źle reaguje na wzmianki o późnym chodzeniu spać;)] póżnej porze, co się święci. Cóż poradzę, że kiedy czytam o fotografii, to tracę poczucie czasu. Na szczęście perfekcyjne wytuszowanie rzęs zajmuje może trzy minuty, więc spokojnie zdążyłam, po drodze spotkałam znajomych [tak, nawet w Londynie ciągle wpadam na kogoś!], dotarłam. To był najbardziej ponury i tajemniczy i nieoznakowany budynek, w którym mieści się coś związanego z moją uczelnią. Na zewnątrz tylko, bo w środku było bardzo przyjemnie. Naprawdę polecam wszystkim poczytać trochę o F. Galtonie. Szalony człowiek. Co prawda ciężko było mi przyjąć do wiadomości fakt, że eugenika nie zawsze była pojęciem pejoratywnym, ale tylko w tym kontekście można zrozumieć jego pracę. Trochę jakby maniakalną, bo w XIXw. tenże pan, notabene kuzyn Darwina, podjął próbę stworzenia i określenia konkretnych 'typów' osobowości. Kryminalistów, Żydów [niestety, takie to były czasy, że Żydzi, kolorowoskórzy, robotnivy - wszyscy, tylko nie biała burżuazja, byli uznawani jako rasa gorsza.. ], studentów Cambridge [nie, oni nie byli uznawani za gorszych], starożytnych rzymianek.. wszelakie. Jak? Poprzez wielokrotną ekspozycję. Czasem nakładał na siebie cztery portrety, czasem szesnaście. Różnorako. Cechy indywidualne ginęły, cechy wspólne były wydobywane poprzez nałożenie. Oglądałam te fotografie, przewracałam kartki albumów [w rękawiczkach!].. niesamowite. Ponadto mogliśmy wejść do głównego archiwum UCL Special Collection, i tu dopiero witki mi opadły. Naprawdę te zbory zasługują na miano 'Special Collection'. Długie, wysokie rzędy archiwalnych półek-wózków. Zawartość powalająca. I prywatna pisanina Orwella, bo to archiwum to światowe centrum wszystkiego, co z Orwellem związane. Absolutnie kocham te studia. To faktycznie jest czwarta uczelnia na świecie i im dłużej tu jestem, tym bardziej jestem przekonana, że podjęłam dobrą decyzję. Świetną wręcz.

Potem był mżawkowy bieg [tak, pogoda znów klasycznie 'angielska'], przygody z metrem [czemu ja mam zawsze jakieś problemy z maszynerią? panowie strażnicy patrzyli na mnie z takim politowaniem..:D], i fotograficzny spacer z Cathrine z przerwą na herbatę nad Tamizą.

Jeśli ktoś jakimkolwiek sposobem ma zamiar znaleźć się w Londynie do 14 lutego, to obowiązkowo polecam tą wystawę fotograficzną:
o tą!
Jedny co mnie zdziwiło, to fotografie, które wygrały, bo nic we mnie nie poruszyły [są bardzo dobre, ale nie najlepsze!]. Oczywiście, to wszystko jest bardzo subiektywne, ale jest tam mnóstwo świetnych zdjęć, a kilka-kilkanaście absolutnie genialnych. Polecam, polecam.
To także polecam. Kilka ciekawych portretów. Samuel Beckett, Jean Cocteau, Rudolf Nureyev. Wow wow wow. Jestem pod wrażeniem, ogromnym.

A teraz grzecznie siadam do tekstów na jutro. 'Modernist Myths: The Originality of Avant-Garde'. Zabawne, bo w dużej mierze tekst traktuje o rzeźbach Rodin'a, a na jego rzeźbę właśnie dziś trafiłysmy spacerując w okolicach Big Bena i Parlamentu.. ha. Taki przypadeczek.

To na koniec tylko jeszcze wzmianka freudowsko-senna. Poranna na dodatek, bo przyśniło się w trakcie wczesnego 'dosypiania'. Primo: mój kochany brat A. siedział na kasie w jakimś opustoszałym hipermarkecie i koniecznie chciał, żebym mu dała 200zł - skąd ja mam takie wizje? Secundo: Wsiadam do tramwaju przy dworcu PKP w Gdańsku, kierunek Nowy Port, po chwili nagle zamiast w NP znajduję się w nigeryjskim [sic! tak! Africa welcome to!] autobusie, takim telepiącym się i obskurnym. Obok mnie jeden europejsko wyglądający mężczyzna, za nami ciemnoskóra kobieta z córką. Za oknem nędzny krajobraz upadłego kraju. Nagle widok się zmienia, pojawia się niesamowicie intensywnie niebieskie jezioro, za nim wyrastają masywne szczyty, wszystko w ultramarynowej tonacji, przecinane złotymi wstęgami słonecznymi. Kierowca zaczyna opowiadać, że tak kiedyś wyglądała Nigeria, a teraz nic, pustki.. jakby przenieśliśmy się w czasie. Szybko wyciągam aparat, widok jest niepowtarzalny, ale kątem oka widzę, jak ta dziewczynka z tyłu łypie na mnie czarnym okiem, w tym momencie biały mężczyzna mówi, żeby schowała aparat, że to niebezpieczne, pokazywać, że ma się coś wartościowego.. nagle sobi się ciemno, wieczór.. budzę się.
Pozdrawiam moją podświadomość.

Do pracy.

1 komentarz: