Science Museum z Martą, zimowy Londyn, krewetki na słoneczniku i pyszne cappuccino. Bo z Martą to zawsze fajnie jest, ot co. Nasze kulturalne wtorki to prawie jak obiady czwartkowe. W sensie intelektualnym [mhm, szczególnie, kiedy dopadłyśmy interaktywnej planszy kosmicznej dla dzieci, która polegała na obracaniu wirtualnych stworków, i całe szczęśliwe pokrzykując do siebie, nagle usłyszałyśmy kilkunastoletniego chłopca "tato, popatrz.." - shame shame shame].
Drzemka dwugodzinna, padłam i nie powstałam. Tzn. powstałam, ale ledwo, doczłapałam do kuchni, i odbyłam półprzytomną rozmowę z Omarem i Jorgiem [dobrze, że nie po niemiecku] na temat chuligaństwa w piłce nożnej. Ekspertem się nie czuję, ale byłam tak niedobudzona jeszcze, że paplałam bez zastanowienia. Lubię tych chłopców, bo robią mi pyszną herbatę i dają jedzenie ;)
News wieczoru: odwołane zajęcia jutro poranne. Jessss jesss jesss. Czyli jadę na Camden szukać maski i kiecki na bal piątkowy. Organizacja czasowa dni kolejnych na tip top być musi, lista zadań pełna. Chciałabym powiedzieć, jak to w tym dowcipie o kotach na pustyni.. 'nie ogarniam tej kuwety'. Ale ogarnąć muszę, dlatego adios, zabieram się za włoski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz