Prezentacja in progress. A we mnie wielka senność i "niech już będzie po". Całe szczęście, że przygotowuję się z obrazu, który szczerze uwielbiam. W przeciwnym razie chyba nie byłabym w stanie się zmobilizować. Ale fakt, że to już za kilkanaście godzin, sprawia, że pracuję, pracuję, pracuję.
Warburg Institute wszystkim polecam. Problem jest taki, że nie tak łatwo tam wejść, jest milion obwarowań i ograniczeń, a ja mam to szczęście, że wybrałam odpowiedni Thematic Seminar, i mogłam tam spędzić ponad dwie godziny dziś. Aby Warburg to ciekawy człowiek był. Z pasją. Jakkolwiek szaloną, ale pasją. Lubię takich.
Ponadto eksplorowanie Londynu chyba końca mieć nie może, i nawet kiedy wydawało mi się, że mniej więcej znam centrum, to okazuje się, że figa z makiem, bo wcale a wcale nie. Po zajęciach pojechałam z Ugne na Liverpool Street [swoją drogą, prześwietna stacja metra! i nie tylko metra.], celem zaś było dostać się na pobliski market. Market tu to nie market nasz. Zupełnie. Ten konkretny to coś pomiędzy Camden MArket i Portobello Market, czyli misz masz wszystkiego. Plus luksusowe sklepy wokół. Trzeba tam wrócić z aparatem, zdecydowanie. Potem trafiłysmy w okolice magicznego buta Priscilli, gdzie tuż tuż znajduje się sklep z gadżetami na dziwne imprezy. Bardzo dziwne. Mają tam też maski weneckie, a że maska obowiązkową na jutrzejszy bal jest, to takową nabyłam. Z piórami. Co prawda cudeńko, które mnie zachwyciło, musiałam pożegnać z żalem - 32 funty [nie wspominając o masce w gablocie - 200 funtów], ale to, co wybrałam, absolutnie adekwatne i piękne jest. Ot. A na dobry koniec lunch w Pret a Manger, czyli zdrowo się odżywiamy. Krewetki i sałata i jogurt. Pyszności. Przede wszystkim zaś przefantastyczny czas, ciekawe rozmowy i zaproszenie do Cambridge.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz