zdycham z bezsenności i nie wiem, co z tym zrobić. jestem zupełnie przytomna o 2.oo w nocy, zasypiam przed 3.oo, i nic dziwnego, że potem ciężko wstać i niefajne się wydają zajęcia o 9.oo. coś z tym trzeba uczynić. hmmm. trwa za długo.
dzisiejszą pobudkę o 10.oo [dramat] zrekompensowałam sobie zastrzykiem energii w postaci siłowni, gdzie dodatkowo pocieszyłam się -1.5kg w dół. nieźle. potem był szalony bieg tth court road, do której mam uraz od czasu niefortunnego upadku, ale tym razem obyło się bez ekscesów, przynajmniej nie takich. jedyne co zrobiłam, to chyba skonfundowałam hinduskich kioskarzy [czy to brzmi rasistowsko? nie powinno..], ale zdobyłam, co chciałam.
kurodomostwo, czyli sobotni sprzątaning sukcesem zakończony. miło. miska sałaty i na przemian poprawiam makijaż i czytam teksty na czwartkowe zajęcia [sic! to nie kujoństwo, po prostu po ostatnim thematic seminar zorientowałam się, że muszę co najmniej trzy razy przeczytać owe teksty, zanim cośkolwiek zrozumiem, a żeby sensownie się wypowiedzieć, to pewnie około pięciu razy by trzeba]. ach, makijaż. oczy oczy oczy.
i idę świętować jutrzejsze urodziny J.
niech się dzieje wola..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz