środa, 14 października 2009

Biiiip Biiiip Biiiip

Czyli jak to (próbny) fire alarm zaskoczył mnie dokładnie w połowie drzemki. Jak zalecają amerykańscy naukowcy, 27-30 minut, więcej nie, bo potem się jest tylko bardziej "rozmemłanym". Jakkolwiek trudno jest to wymierzyć - bo jak określić, w którym momencie zasypiamy? - to przetestowałam wielokrotnie i działa [a należę do osób, które mają problem z zaśnięciem więc jest to dość wiarygodne]. Biła mniej więcej czternasta minuta mojego kimania, gdy nagle coś zawyło. Przeraźliwie. Przez kilka sekund naiwnie wierzyłam, że wyć przestanie. Ale nie. Wyskok z łóżka, "o ratunku, jestem w błękitnej polarkowej piżamie w misie polarne, przecież nie wyjdę tak na ulicę", prędko wbiłam się w dżinsiki i uciekłam z "płonącego" budynku. Z moim gardłem w stanie agonalnym, bez szalika. Nic tylko czekać efektów. Przybyły trzy wozy strażackie, ja marznąc przed budynkiem uświadomiłam sobie, że zakluczyłam pokój i może wyważą mi drzwi i co wtedy, secundo zostawiłam telefon z alarmem drzemkowym więc pewnie akurat właśnie na całym piętrze słychać mój piękny budzik ['ain't nobody loves me better than you lalalala!'].

Teraz to już nici ze spania, czas wskoczyć znów w piżamkę i wrócić do renesansowej Italii!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz